|

|

|
Opowieść
o VIII Bukograniu wędrownym
(kwiecień - maj 2005)
|
|

|
|

|
Która to już opowieść wichrowa? W
głębi duszy chciałabym, by ktoś kiedyś przeczytał i wyruszył...
Mieliśmy „wieczną zieloność w oczach”- powiedziałby
Wojtek. Nie tylko byliśmy z sobą, ale także byliśmy z sobą barwnie.
a (jak typ bacówki „a” tj. ażurowy)
Autobus do Ochotnicy Dolnej zapchany był maksymalnie.
Długa była droga do gór. Długa upałem i naszym wyczekiwaniem.
Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, gdy wspominam dzień
pierwszy wędrówki to moment, kiedy przyszliśmy już na miejsce noclegu, czyli
okolice Gorca. Usiadłam chwilkę na uboczu i poczułam jak moje pragnienie
spokoju zamienia się w przeświadczenie. Zbyt szybko żyć mi się zaczęło... a
tu tak inaczej. Pierwszy raz wracając w swoje strony bukowe zdarzyło mi się
poczuć, że trzeba zwolnić. Słońce między drzewami ma smak dopiero wtedy, gdy
to zauważymy...
A zaraz potem uwiecznić należy nasz nowy Pawełkowo-
Wichrusiowy taniec: taniec- turlikaniec. Tzn. turlikanie się w dół po trawie.
Mamy jeszcze jeden taniec: taniec- deptaniec, ale nie zdradzę, o co chodzi
:-)
Grało nam się do północka nocy tej pierwszej bukowej.
Zrobiliśmy herbatkę z igieł sosnowych w dzbanku z giełdy staroci. To jeszcze
było takie dopiero rozkręcanie się bukograniowe. Było sobie aż czterech
Majstrów Biedów, tzn. tych, co zabrani zostali, by „wtulić się w krąg ciepła”
między nami oswojonego „jak w kożuch”. Byli: to Marysia, Ela, Krecik oraz
Magda (ta ostatnia została do końca Bukogrania).
b (jak typ bacówki „b” tj. bardzo ażurowy)
W drugi dzień szliśmy na Polanę Stawieniec. Mnie (i nie
tylko mnie) najbardziej podobał się fragment zejścia bez szlaku. Było jak
należy stromo i niebezpiecznie :-)
Zlało nas nieco nagle, ale przecież tak majowo, ugodowo.
Wichroduszek dochodził już (jako ostatni oczywiście Ludź Bukowy) do bacówki.
Według opowieści Kuby Rycerz mój stwierdziwszy, że Wichro doczołguje się już
do bacówki powiedział: „Wybacz, Kuba, ale obowiązki dżentelmena wzywają” :-)
no i wziął Wichrusiowi plecak. A w bacówce rozpaliło się ognisko i zawisł nad
nim nieśmiertelny kociołek na pulpę. U góry było tyle dymu i słońca
prześwitującego przez deski... nazwałabym to impresjonizmem mistycznym.
Wieczorem spotkałam człowieka, który umiał grać piosenki
Wolnej Grupy Bukowina w oryginale! Oczywiście dostał namiary i ma mi wysłać
ten śpiewnik. Było w nim wiele wierszy także bez chwytów... Śpiewało nam się
trochę dłużej niż pierwszego dnia. Paweł stwierdził, że Wichroduch nie jest
istotą medialną i ma zupełną rację. Kto usłyszał „Zaczerwieniły się maki”
przy ognisku to chyba nie ma wątpliwości. Jednak Kącik Ludzi Gór jest
potrzebny w Kraku- są tacy, który chcieliby zaczerpnąć ów atmosfery
przyogniskowej, której namiastkę stworzyć można w mieście. Niektórzy nie mogą
jechać w góry albo jeżdżą tam rzadko z różnych powodów...
A nocką już z objęć rycerskich Wichruś patrzył przez
szpary między belkami bacówki na płonące jeszcze w noc ognisko...
c (jak typ bacówki „c” tj. całkiem ażurowy)
Rano pożegnanie z Pawłem- krokusowe takie jak polana
przed bacówką. I ruszyliśmy przez Kudłoń ku Turbaczowi. Wichroduch pożyczył
sobie długopisu i ponieważ w rytmie swoim wichrowym :-) jak zwykle pokonywał
szlaki, coś tam sobie notował (stwór to jest uzależniony dożywotnio od
pisania). Z zapisków tych warto zacytować dwa zdania:
„Rozumieć
się z kimś to patrzeć w ten sam sposób, choć niekoniecznie to samo widzieć.
Zaufanie to pewność chęci pomocy”. Jeśli chodzi o chęć pomocy to miałam na
myśli zgodność obietnic z działaniem.
Czekaliśmy
przy szlaku na Inę, Janka i Julka oraz Zosię i Grzesia, którzy skoczyli na Turbacz
na lekko. Dałam Magdzie zaczarowaną wodę źródlaną z krokusami. To dlatego
dnia tego wieczorem trafiła bezpiecznie ze sklepu z Julkiem nocą, bez szlaku,
kompasu, mapy i ciepłych ubrań :-)
Przez
wiatrołomy dotarliśmy na Mostownicę- jeden z szałasów był zajęty.
Postanowiliśmy szukać dalej. Dotarliśmy chyba na Polanę Podmostownica. Pies
był zmęczony tak, że w pewnym momencie przy szlaku przysnął sobie i
najnormalniej w świecie chrapał! :-)
Julek
i Magda poszli do sklepu. Tymczasem porą późną przez las na przestrzał szli i
wyszli prosto na polanę z szałasem (chyba nie muszę dodawać dzięki czyim
zaklęciom) Adam z Marysią. I wtedy moim zdaniem rozpoczęło się takie
Bukogranie, o którym marzył Wichroduch. Takie Bukogranie jak spadająca w
nasze oczy gwiazda... Kto zrozumieć chce o czym piszę, powinien wybrać się
choć raz... i doczekać z nami czwartej nad ranem.
Zacytuję
tutaj piosenkę o pulpie, którą ułożyliśmy z Julkiem. Momentami było naprawdę
bojowo, ale na szczęście skończyło się tylko na pojedynku na słowa :-) Oto
„Mea pulpa”(autorka tytułu- Ina):
Co było nie wróci i szaty rozdzierać by próżno
No cóż każda pulpa ma
własny aromat i smak
A przecież mi żal, że w
kociołku już dno wydrapane
Tak chętnie bym znów choć
łyżeczkę tej pulpy dziś zjadł
Dziś już nie
musimy o pulpę się bić nad kociołkiem
I tyle jest piw i gitary
unoszą nas w dal
A przecież mi żal, że w
kociołku nie dymi już pulpa
I nie ma już pulp i nie
będzie już nigdy a żal
No cóż nie na
darmo nieśliśmy te groszki, cebule
I wszystko już jest:
dach bacówki, ognisko i śpiew
A przecież mi żal, że
nad ogniem nie wisi kociołek
I jakoś tak jest, że na
dnie nie przypala się nic
Co było nie
wróci, wychodzę wieczorem z bacówki
I nagle spojrzałem na
ogień i ech, co za gość
Skrzą iskry, deszcz
gwiazd, nowa pulpa nad ogniem gotuje się
I głowę bym dał, że na
dnie nie zostanie znów nic
Magda robiła tulipany z
papierków po czekoladach oblewane pachnącym miodem woskiem. Pies po
odsapnięciu na uboczu przyszedł w nasz rozśpiewany krąg. A najwspanialsza
jest- jak zauważyła rano Marysia- ta nasza naturalność. Wszystko się plecie
jak warkocze rosy nad ranem w słońcu.
No
i oczywiście pominąć szczegółu tego wieczoru nie wolno takiego, że Janek z Iną
poszli spać do lasu... :-) Ups?!
d (jak typ bacówki „d” tj. do dupy)
Rano Wichroduch chodził po trawie. W
trawie było trochę gałęzi, więc na pewno klawo nie było, no ale się chodziło.
Zeszliśmy w piątkę do samochodu
Adama, który dostał mandat za parkowanie zbyt blisko potoku (policjant: Ina).
Wichruś zaś zrobił sobie wianek z kaczeńców (nie wiadomo dlaczego uwielbiam
zrywać kwiaty na terenie Parków Narodowych :-)- ma się rozumieć nie za często
i nie za wiele).
Bukogranie skończyło się lodami w
Mszanie Dolnej. A potem była burza - już w Krakowie. Pierwsza, zdaje się,
majowa burza.
tekst: ©Wichroduch
|